Życie surowo wzbronione

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

autor: Antoni Marianowicz
tytuł: Życie surowo wzbronione
liczba stron: 324
miejsce wydania: Warszawa
rok wydania: 1995
wydawca: Czytelnik, Spółdzielnia Wydawnicza
ISBN: 83-07-02481-1

Wyd. angielskie 2004
Life strictly forbiden

 

Fragment z rozdziału
"Śmierć ojca"

Kiedy zaraz po wojnie czytałem Kaputt Malapartego, uderzyła mnie niezwykłość jego opisów warszawskiego getta. Sugestywnie malując inferno gettowych ulic, największy nacisk kładł na element niesamowitej ciszy: "Wszedłem i natychmiast [...] grozą przejęła mnie martwa cisza, panująca na ulicach zatłoczonych wynędzniałą rzeszą, obdartą i strwożoną. Cisza była lekka i przejrzysta" itp. Było to biegunowo różne od mojego wspomnienia, w którym dominował element przerażającego zgiełku. Przez wiele lat wydawało mi się, że Malaparte, pisarz nie grzeszący nadmierną prawdomównością, i w tym przypadku najzwyczajniej koloryzuje - może nigdy nie przekroczył granicy piekła, na którego murze mogły być wypisane słowa: "Porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie". Niedawno powróciłem do lektury Kaputt (w przekładzie Barbary Sieroszewskiej) i sprawa wyjaśniła się na korzyść Malapartego. Przecież wchodził do getta niby Dante z towarzyszem, który był "wysokim, młodym blondynem o szczupłej twarzy i jasnych, zimno patrzących oczach". Ten "czarny" - umundurowany podoficer specjalnej formacji SS - "kroczył pośród tłumu Żydów niczym anioł Boga Izraela". To jego widok sprawiał, że milkł gwar, a ludzie zamierali z trwogi, jakby ujrzeli śmierć.
Umundurowanych Niemców, zwłaszcza "czarnych", nieczęsto spotykało się w getcie, a już na pewno spotkanie taki nie wróżyło niczego dobrego. Straszliwy psychopata, zwany Frankensteinem, wchodził do getta po to, by za każdym razem położyć trupem kilkunastu przechodniów. Inni również nie pojawiali się w godziwych celach. Ponieważ ze względu na epidemię wstęp do getta dozwolony był jedynie "służbowo", wykorzystywali okazję, ażeby również i "prywatnie" dać upust swym morderczym lub tylko sadystycznym instynktom. Na szczęście istniało coś w rodzaju ulicznego telegrafu bez drutu: przechodnie przekazywali sobie ostrzeżenia z ust do ust. Brzmi jeszcze w moich uszach zduszony szept starej kobiety: "Me hapt auf die Pańskie" (Łapią na Pańskiej), który uchronił mnie przed zapuszczeniem się w rejon obławy. Jeśli chodzi o mnie, to poruszałem się po getcie z wielką ostrożnością i nawet bez ostrzeżenia wyczuwałem po zachowaniu się tłumu - również po nagłych jego zamilknięciach - że dzieje się coś nadzwyczajnego. Co wpłynęło na osłabienie mojej czujności w sobotę, 4 października 1941 roku - nie wiem. Może sprawił to panujący w zamkniętej dzielnicy nastrój wyjątkowego zdenerwowania. Nad tzw. małym gettem wisiała groźba likwidacji. Co prawda udało się ograniczyć wysiedlenie tylko do ulicy Siennej, wszyscy zadawali sobie jednak pytanie, na jak długo. Czerniaków zanotował tego dnia w swoim dzienniku: "Rano u Brandta i Lewetzowa z Szeryńskim. O 10-tej rano posiedzenie u gubernatora w sprawie małego getta. Dochodzą wieści, że małe getto uratowane. Wczoraj Bischof powiedział, że Warszawa to chwilowy azyl dla Żydów. Obława na handlarzy ulicznych dała nikłe rezultaty". Zabierając Żydom kawałek getta okupant nie przyłączał nic w zamian, toteż pozbawiona dachu nad głową ludność zagęszczała dodatkowo i tak już potwornie przeludnione gettowe mieszkania. Szalejąca epidemia zyskiwała w ten sposób nową pożywkę. Również z frontu wojny napływały jak najgorsze wiadomości: Niemcy odnosili sukces za sukcesem i szykowali się do rozstrzygającego uderzenia na Moskwę. Wydawało się, że nic nie jest w stanie powstrzymać ich miażdżącego naporu.
Pogoda tego dnia także nei skłaniała do optymizmu. Dzień był dżdżysty i wyjątkowo zimny jak na październik, za kilka dni miał paść pierwszy śnieg. Niska temperatura sprawiła, że nosiłem czapkę. Obym wyszedł tego dnia z domu bez nakrycia głowy...
Musiałem być chyba slepy i głuchy na wszystko, co działo się wokół, skoro wracając z pracy przez Leszno nie dostrzegłem i nie usłyszałem, że dzieje się coś niezwykłego. To roztargnienie sprawiło, iż zderzyłem się niemal z młodym umundurowanym Niemcem, który stał na chodniku przy jezdni, czekajac na ukłony przechodniów. Chciałem zdjąć czapkę, ale było już za późno. Niemiec przyskoczył do mnie, strącił mi czapkę z głowy i dwa trzy razy silnie uderzył mnie w twarz, tłukąc mi okulary. Byłem oszołomiony, oślepiony i zalany krwią. Na szczęście pojawiła isę następna ofiara, powlokłem się więc w tym rozpaczliwym stanie do domu. Zdawałem sobie sprawę, że nie stało się nic strasznego - żyłem, moje oczy były nienaruszone, zęby także pozostały na miejscu. Rozpatrywanie sprawy z punktu widzenia honoru nie miało sensu, a jednak nigdy dotąd nie czułem się tak straszliwie sponiewierany i upokorzony. Wytarłem twarz chustką, co nie polepszyło sytuacji. Powinienem był wstąpić gdzieś - prawdę mówiąc nie wiem, gdzie - umyć się i dporowadzić do porzadku. Na moje usprawieliwienie mogę tylko powiedzieć, że miałem niespełna 18 lat i że do tej pory nikt nie bił mnie po twarzy. Obolały, wciąż zakrwawiony i niewiele widzący wróciłem do domu - bo dokąd miałem się udać. Przed wejściem do sieni na Chłodnej 39 wybuchnąłem płaczem. Schody stanowiły wówczas ulubione miejsce towarzyskich spotkań mieszkańców gettowych kamienic. Mieszkania były zbyt zagęszczone, ażeby zapraszać gości, rozmowy odbywały się wiec najczęściej na klatkach schodowych, gdzie każdy mógł przyłączyć się, lub wyłączyć, w dowolnym momencie. Można tu było dowiedzieć się ostatnich sensacji - najczęściej przynosili je wracający z pracy urzędnicy Gminy - i wysłuchać komentarzy co światlejszych lokatorów. Mój ojciec stał właśnie z kilkoma sąsiadami, omawiając z nimi sprawę Siennej, kiedy pojawiłem się na schodach. Zapanowało milczenie. Głosem przerywanym przez szloch wyjąkałem, co się stało. Wtedy ojciec popatrzył na mnie jakoś dziwnie i powiedział bardzo cicho, jak gdyby do siebie: Ja tego nie przeżyję".
Wprowadzono mnie do mieszkania, gdzie zostałem obmyty i opatrzony, po czym z kompresem na twarzy poszedłem spać. Wieczorem koło dziewiątej ojciec wszedł cicho do mojego pokoju, niosąc talerzyk z ciastkiem. Postawił ten talerzyk koło mnie i wyszedł na palcach. Zaraz potem usłyszałem krzyk matki. Nikt nie musiał tłumaczyć mi, co się stało. Po chwili mieszkanie było pełne ludzi. Lekarz z przeciwka robił ojcu zastrzyk prosto w serce. Wiedziałem, że to nie pomoże. Wkrótce ucichło wszystko, prócz płaczu matki. Ojciec nieżywy na swoim łóżku. Obok, na nocnym stoliku, stały papierosy. Wziąłem jednego i zapaliłem. Był to mój pierwszy w życiu papieros.

Potem podszedłem do lustra i przyjrzałem się uważnie swojej opuchniętej twarzy. Pamiętam, co sobie wtedy pomyślałem w sposób dziecinnie patetyczny: "Zapamiętaj ten dzień, 4 października 1941 roku. To najważniejszy dzień w twoim życiu. Ojciec nie żyje z twojej winy. Twoje dzieciństwo nieodwołalnie się skończyło. Idą straszne czasy, miałeś ich przedsmak dziś na ulicy. Jesteś sam na świecie - ojciec nie podejmie już za ciebie żadnej decyzji. Przyjrzyj się sobie w tej przełomowej chwili twojego życia".

Czy byłem zaskoczony tym, co się stało? Och, nie, przeżyłem tę chwilę w wyobraźni dziesiątki razy i wiedziałem, że musi nastąpić. Ojciec czuł się źle, wyglądał coraz mizerniej i coraz starzej, choć miał dopiero 56 lat. Poza potęgującymi się dolegliwościami sercowymi cierpiał na czyraki - było to masowo występujące w getcie schorzenie. Co wieczór smarowałem go jakimiś maściami i bandażowałem 0 aż płakać mi się chciało, gdy wspominałem tęgiego i atletycznego mężczyznę sprzed dwóch lat. Na parę tygodni przed katastrofą zrobiłem mu zdjęcie na balkonie. Zadbałem specjalnie o to, by miał na ręku opaskę. Wyglądał jak starzec. To było najsmutniejsze ze zdjęć ojca - myślałem 0 pozostanie na wieczną pamiątkę dla moich dzieci i wnuków. Niestety, przepadło wraz ze wszystkimi pamiątkami, zdeponowanymi w gmachu Sądów w dniu ucieczki.
Pobyt w getcie był dla ojca, mimo dobrych warunków bytowych, prawdziwą katastrofą. Przeżył całe swoje życie w sposób niezwykle aktywny, robiąc zawsze to, na co miał ochotę. Tutaj głównie siedział bezczynnie w fotelu. Lubiłem siadywać u jego stóp. Wiem, że maił czarne myśli, że wciąż bał się o mnie, że zastanawiał się, na jak długo starczą jego finansowe zasoby. Kiedyś powiedział: "Chyba wiesz, że mam na utrzymaniu osiemnaście osób". A potem dodał: "Kiedy mnie już nie będzie, musisz koniecznie zająć się losem rodziny. Pamiętaj". Innym razem rzucił mi ot tak, z udaną beztroską: "Ja jestem już stary chłop i nie będę żył wiecznie. Gdyby coś się ze mną stało, bądź dobry dla matki. Ona ma niełatwy charakter, ale to cię nie zwalnia z odpowiedzialności, rozumiesz?" Rozumiałem, że chce przygotować mnie do swojego odejścia. Najczęściej jednak nie mówił nic. Potrafiliśmy trwać tak w bezruchu, dopóki coś nie zakłóciło naszego milczenia.
Czasami zrywał się nagle, coś organizował - na przykład wyjazd specjalnego wysłannika do lwowskiego Instytutu Weigla po szczepionki albo społeczną akcję dodawania witamin do kartkowego chleba. Zajmował się tym przez jakiś czas, pamiętam nawet, jak pomagał nosić worki z zieleniną, a później opadał z sił i wracał na swój fotel. Kiedyś - mniej więcej na dziesięć dni przed jego śmiercią - miałem pojechać do apteki po lekarstwa które zapisał mu dr Jelenkiewicz. Jadąc rikszą przezywałem w sposób zdumiewająco realistyczny śmierć ojca, a kiedy wróciłem, czułem się niewypowiedzianie szczęśliwy, ze go jeszcze nie straciłem. Nasze stosunki nie zawsze układały się idyllicznie. Nieraz narażałem go na zdenerwowanie, wychodząc z domu i wracając tuż przed godziną policyjną. Dochodziło między nami do scysji, ale trudno mi było żyć bez młodzieży w moim wieku. Dla jego spokoju powinienem był jednak zrezygnować ze swoich, rzadkich zresztą, eskapad. Teraz leżał nieżywy na swoim łóżku (szczęście, że umarł we własnym łóżklu - mówiła ciotka Pańska) i matka bez przerwy płakała, ja zaś nie uroniłem ani jednej łzy. Wkrótce zjawił się stryj, po którego poszedł mieszkający w sąsiedztwie policjant. Sąsiedzi zostawili nas samych, siedzieliśmy w milczeniu ze stryjem i ciotką. Pani boryńskiej nie było już z nami. We wrzesniu przedstał się do getta jej syn i wyprowadził matkę niemalże siła. Nazajutrz po śmierci ojca objeżdżałem z żałobną wieścią naszych krewnych i przyjaciół. Ciekawe, że niemal wszyscy sceptycznie przyjmowali informację o przyczynie zgonu. Sądzili, że chodzi o jeszcze jeden przypadek nieujawnionego tyfusu, widać luksusowa śmierć wskutek ataku serca kojarzyła im się z normalnymi cz\asami. Matka nawiązała tymczasem kontakt ze Zborem Ewangelicko-Reformowanym, prosząc o pomoc w pochowaniu ojca na cmentarzu przy ul. Żytniej. Była to sprawa niezmiernie trudna, prawie niemożliwa do załatwieni. Jednakże zacny ksiadz Zaunar spowodował intwerwencję Zboru u polskiego prezydenta Warszawy, Juliana Kulskiego. Kiedy nazajutrz dowiedzieliśmy się o pomyślnej decyzji, uznaliśmy to za wydarzenie graniczące z cudem: zezwolono nam na pochowanie ojca na cmentarzu ewangelicko-reformowanym, a co więcej, na wzięcie udziału w pogrzebie po stronie "aryjskiej". Nie znam podobnych przypadków w dziejach getta,choć nie mogę wykluczyć, że się zdarzały. Tak czy inaczej, był to przejaw neizwykłej życzliwości ze strony Zboru i prezydenta kulskiego, życzliwości szczególnie godnej upamietnienia na tle naszej ówczesnej sytuacji.
Uroczystości pogrzebowe odbyły się zatem we wtorek, 7 października w dwu etapach: pierwszy, gettowy, obejmował wyprowadzenie zwłok z mieszkania i towarzyszenie im do muru, a konkretnie do bramy przy placu Kercelego; drugi - dla mnei i dla matki - to przewiezienie trumny na stronę "aryjską" i uczesniczenie we właściwym pogrzebie na cmentarzu. Z pogrzebu ojca zachowałem w pamięci jakieś migotliw fragmenty obrazów i rozmów, przerwalającycsię przez nasze mieszkanie tłum znajomych i nieznajomych, kondukt, torujący sobie drogę przez Chlodną, kondolencje - te zdawkowe i inne, zapadajace w pamięć. Do tych ostatnich zaliczam relację człowieka, którego nie spotkałem ani przedtem ani potem, a który przedstawił mi się jako dawny kolega ojca z banku. Człowiek ten opowiedział mi historię o tym, jak to ojciec na kilka tygodni przed śmiercią ni stąd ni zowąd wszedł do jego domu ze słowami: "Słyszałem, że masz kłopoty", położył na stole znaczna sumę pieniedzy, po czym znikł równie nagfle, jak się pojawił. Inny przyjaciel ojca ściskał długo moją rękę, szepcząc: "On nam pomagał. Teraz cała nadzieja w tobie". Nie wiem, co odpowiedziałem, nei byłem chyba zdolny wybiec myślą poza to, co działo się dokoła mnie.
Pamiętam ścisk przed domem i na pięcioro tuż za trumną; ja wyprowadzałem matkę, wuj Stefan ze stryjem Stefkiem - ciotkę Frankę. Pod murem kondukt zatrzymał się i trumnę załadowano do czekającego samochodu. Po długim sprawdzaniu dokumentów, wsiedliśmy tam z matką i po raz pierwszy od roku opuściliśmy teren getta. Jazda była krótka, mijane ulice dziwnie puste i ciche. Na cmentarzu uderzył mnie kojący spokój i fenomen roślinności. Tak bardzo brakowało nam w getcie zieleni, że październikowy krajobraz wydał mi się rajem, a pogrzeb - ucieczką ojca z krainy kamiennej śmierci w krainę wiecznie odradzającego się w naturze życia.
Chociaż zawiadomiliśmy tylko parę osób, na pogrzebie zebrała się spora gromadka przyjaciół, a wśród nich kilkoro takich, którzy narażali się przez swoją obecnośc. Ucieszył mnie widok ciotki Konarskiej, o której nic nie wiedzieliśmy prócz tego, że żyje gdzieś na fałszywych papierach, choć pod własnym nazwiskiem. Wdfowa po bliskim przyjacielu ojca, Maryla Roszkowska, podeszła do nas z zapytaniem, czy nie chcemy pozostać poza gettem już, natychmiast. Jeśli tak, to jej mieszkanie na Marszałkowskiej jest do naszej dyspozycji. Oczywiście pozostanie po "aryjskiej" stronie nie wchodziło w rachubę z najrozmaitszych powodów, z których pierwszym i najważniejszym była poręka Zboru wobec prezydenta Kulskiego. Niemniej oferta pani Maryli stanowiła istotny element w naszych planach na przyszłość. Wszystko to razem wprowadziło mnie w stan oszołomienia - nie pamiętam ani jednego słowa z przemówienia księdza Zaunara. Nie przypominam sobie również momentu opuszczania trumny do ziemi. Działo się to niejako poza mną, nie chciałem nic widzieć, słyszeć ani rozumieć.
Kiedy w opaskach wracaliśmy do samochodu, dzieci na Żytniej pokazywały nas palcami, szepcząc: "Patrzcie, Żydzi idą!". Nie było w tym niechęci, tylko zainteresowanie wyglądem ludzi oficjalnie napiętnowanych, Myślę, ze jak na podpalaczy świata, prezentowaliśmy się dość żałośnie.

*

Po opublikowaniu tego tekstu otrzymałem od profesora Klemensa Szaniawskiego list następującej treści: "Drogi Kaziu, przeczytałem w ŤTygodniku Powszechnymť Twoją relację o śmierci Twojego ojca. Od komentarza się powstrzymam, bo cóż tu można powiedzieć? Może Cię zainteresuje informacja, że przypadek takiego pogrzebu nie był jedyny. W tym samym roku 1941 byłem na pogrzebie (na cmentarzu ewangelickim) Leo Belmonta (Leopolda Blumentala), zmarłego w getcie przyjaciela mego ojca, człowieka pod wieloma względami niezwykłego. Niedługo potem rak samo została pochowana jego żona. Będzie może kiedyś okazja, żeby Ci o tym wszystkim opowiedzieć. Tymczasem ściskam... itd. Klemens".
List nosi datę 23 kwietnia 1988 roku. Okazji, żeby o tym porozmawiać, niestety już, nie było. Mogę tylko stwierdzić, że słyszałem później o sporadycznych przypadkach chowania mieszkańców getta na cmentarzach katolickich. Ciekaw jestem, czy cmentarz ewangelicko-augsburski (gdzie leżą Belmontowie) i ewangelicko-reformowany (gdzie leży mój ojciec) były w czasie okupacji widownią jeszcze innych takich pogrzebów.

   

Antoni Marianowicz na grobie ojca
na Cmentarzu ewangelicko-reformowanym
przy ul. Żytniej w Warszawie

     
     

Strony zbudował i utrzymuje ConText